Jest to fragment książki „Uciekaj mały uciekaj” – Nicky Cruz, którego własna matka nazwała synem Lucyfera.
Moi rodzice byli spirytystami. Zarabiali na życie wypędzając demony i rzekomo kontaktując się z duszami zmarłych. Ojciec budził strach wśród mieszkańców całej wyspy. Miał dobrze ponad metr osiemdziesiąt i barczyste pochylone ramiona, dlatego wyspiarze nadali mu przydomek Wielki. Był ranny w czasie drugiej wojny światowej i otrzymywał od państwa rentę, ale w rodzinie było do wykarmienia siedemnastu chłopców i jedna dziewczyna, toteż po wojnie, żeby zarobić na życie, ojciec zajął się spirytyzmem.
Matka pracowała z nim jako medium. Nasz dom był miejscem, w którym odprawiano wszelkiego rodzaju czary, obrzędy voodoo i seanse spirytystyczne. Setki ludzi przybywały do nas z całej wyspy, aby brać udział w tych seansach i w sesjach medytacyjnych. Z naszego wielkiego domu na szczycie wzgórza kręta ścieżka prowadzi do małej, sennej, ukrytej w dolinie wioski La Piedras. Wieśniacy wspinali się tą ścieżką o wszelkich porach dnia i nocy, aby dotrzeć do „domu czarownika”. Chcieli rozmawiać z duchami zmarłych, uczestniczyć w czarnoksięskich obrzędach i prosili ojca, żeby uwolnił ich od złych duchów.
Wszyscy oni przychodzili tu do ojca, ale pojawiało się też u nas dużo innych portorykańskich mediów korzystających z naszego domu. Niektórzy przesiadywali tu po kilka tygodni, wywołując duchy i wypędzając diabły. We frontowym pokoju stał długi stół do tych seansów. Zasiadali przy nim ludzie, którzy chcieli porozmawiać z duchami zmarłych. Ojciec był oczytany w tym przedmiocie i miał nie mający sobie równych w tej części wyspy księgozbiór traktujący o magii i czarnoksięstwie.
Pewnego dnia wcześnie rano dwóch mężczyzn przyprowadziło do naszego domu cierpiącą kobietę. Mój brat Gene i ja wyślizgnęliśmy się z łóżka i przez uchylone drzwi zerkaliśmy na chorą, która leżąc rozciągnięta na stole jęczała i rzucała się, przytrzymywana przez tych dwóch, którzy ją przyprowadzili. Matka stała u jej stóp z oczyma wzniesionymi ku górze, nucąc jakąś monotonną pieśń z dziwnymi, obcymi słowami. Ojciec poszedł do kuchni i wrócił z małym czarnym naczyńkiem, w którym paliło się kadzidło. Przyniósł również wielką zieloną żabę i położył ją na wstrząsanym drgawkami brzuchu kobiety. Następnie zawiesił naczyńko z kadzidłem na cienkim łańcuszku nad głową chorej i posypał jej ciało jakimś proszkiem. Staliśmy trzęsąc się ze strachu, gdy rozkazał złym duchom wyjść z ciała kobiety i wejść w żabę.
Nagle ta odrzuciła głowę w tył i przeraźliwie krzyknęła. Żaba zeskoczyła z jej brzucha i spadła na próg. Kobieta zaczęła wierzgać nogami i wywinąwszy się trzymającym ją mężczyznom, stoczyła się ze stołu i całym ciężarem upadła na podłogę. Gryząc wargii język, a z ust jej ciekła zakrwawiona ślina i piana.
Wreszcie kobieta uspokoiła się i leżała już bez ruchu. Ojciec oświadczył, że została uleczona. Mężczyźni zapłacili mu, podnieśli nieprzytomną kobietę i poszli, dziękując ojcu i nazywając go Wielkim Cudotwórcą.
Moje wczesne dzieciństwo było wypełnione strachem i żalem. Wielkość rodziny sprawiła, że poszczególnym dzieciom niewiele poświęć no uwagi. Czułem urazę do ojca i matki i bałem się odprawianych co noc czarów. Ostatniego lata przed pójściem do szkoły zostałem zamknięty przez ojca w gołębniku.
Wieczorem przyłapał mnie na wykradaniu pieniędzy z torebki mamy. Próbowałem uciec, ale złapał mnie za kark.
– Tak łatwo nie uciekniesz. Będziesz musiał zapłacić za kradzież.
– Nienawidzę cię! – wrzasnąłem. Chwycił mnie i potrząsając mną w powietrzu krzyknął z wściekłością:
– I nie dostaniesz kolacji.
Usłyszałem jego kroki oddalające się w kierunku domu. Skamieniałem ze strachu. Zacząłem walić pięściami w drzwi, kopać w nie i przeraźliwie wrzeszczeć. Nagle szopa wypełniła się łopotem skrzydeł i zaczęły się o mnie obijać przerażone gołębie. Zakryłem twarz rękami i zacząłem histerycznie wrzeszczeć.
Ptaki tłukły się o ściany i uderzały dziobami w moją twarz i szyję. Upadłem na zapaskudzoną podłogę, okryłem rękami głowę i starałem się osłonić oczy i nie dopuścić do uszu hałasu łopoczących nad głową skrzydeł. Minęła cała wieczność, zanim otworzyły się drzwi i ojciec jednym szarpnięciem postawił mnie na nogi i wywlókł na podwórze.
– Następnym razem będziesz pamiętał, żeby nie kraść i nie pyskować, kiedy cię ktoś przyłapie
– powiedział ostro – teraz umyj się i marsz do łóżka.
Tej nocy zasnąłem płacząc i śniły mi się trzepoczące skrzydłami i obijające się o mnie ptaki. Gdy w następnym roku poszedłem do szkoły, moja uraza do rodziców przekształciła się w nienawiść do wszelkiej władzy. Potem w wieku ośmiu lat, znienawidziłem rodziców do reszty. Tego dnia było gorąco. Po południu mama wraz z kilkoma innymi kobietami – mediami – siedziała przy stole w dużym pokoju. Piły kawę. Znudziła mnie zabawa z bratem i odbijając piłeczkę wszedłem do pokoju, w którym siedziały. Jedna z kobiet powiedziała do mamy:
– Twój Nicky jest takim miłym chłopcem. Jest całkiem podobny de ciebie. Musisz być z niego bardzo dumna.
Matka popatrzyła na mnie z niechęcią i zaczęła kołysać się w krześle do przodu i do tyłu. Wywróciła oczy w górę tak, że widać jej było tylko białka. Wyciągnęła ręce przed siebie, na blat stołu. Palce jej wypręży się i zaczęły drżeć. Powoli uniosła dłonie nad głowę i zaczęła mówić śpiewnym tonem:
– To… nie… mój.. syn. Nie, nie Nicky. On – syn największego czarownika Lucyfera. Nie, nie
mój… nie, nie mój… syn diabła, syn szatana.
Upuszczona przeze mnie piłeczka podskakując potoczyła się przez pokój. Powoli zacząłem się cofać pod ścianę, a matka w swoim transie mówiła dalej i śpiewny ton jej głosu to wznosił się, to opadał:
– Nie, nie mój, nie mój… ręka Lucyfera na jego życiu… palec szatana dotknął jego życia… palec szatana dotknął jego duszy… znak bestii na jego sercu… Nie, nie mój… nie, nie mój.
Widziałem jak po jej twarzy płyną łzy. Nagle zwróciła się ku mnie i z szeroko otwartymi oczyma zaczęła wrzeszczeć:
– Wynoś się, diable! Odejdź ode mnie! Zostaw mnie, diable! Precz! Precz! Precz! Byłem śmiertelnie przerażony. Pobiegłem do mojego pokoju i rzuciki się na łóżko. Myśli przelatywały mi przez głowę jak rwąca rzeka w wąskim kanionie. „Nie jej dziecko… dziecko szatana… nie kocha mnie nikt, nikt mnie nie chce. Nikt mnie nie chce”.
Zacząłem płakać, krzyczeć, szlochać. Ból w piersi był nie do wytrzymania i zacząłem walić pięściami w łóżko aż do zupełnego wyczerpania. Stara nienawiść wybuchła we mnie z nową siłą. Nagle zalała moje serce tak, jak fala przypływu zalewa koralową rafę. Nienawidziłem matki. Boże! Jak ja jej nienawidziłem! Chciałem zranić ją, sprawić jej straszny ból – żeby wyrównać rachunek. Rzuciłem się do drzwi i krzycząc pobiegłem do dużego pokoju. Kobiety jeszcze tam siedziały. Z całej siły uderzyłem dłońmi w blat stołu i krzyknąłem. Przepełniająca mnie nienawiść sprawiła, że się jąkałem i mówiłem niewyraźnie.
– N-n-n… nienawidzę cię! – wyciągnąłem trzęsącą się rękę i pokazałem na matkę palcem.
– Z-z…zapłacisz mi za to! Zapłacisz mi za to!
Dwaj młodsi bracia stali we drzwiach i patrzyli na mnie ze zdumieniem, gdy minąłem ich pędem wybiegając z pokoju. Zbiegłem po schodach, skręciłem i schowałem się pod gankiem, w ciemnej i chłodnej kryjówce, z której korzystałem już nieraz. Siedząc w kucki w kurzu usłyszałem śmiech kobiet, ponad który wybijał się i przenikał przez podłogę głos mojej matki:
– Widzicie, mówiłam, że on jest dzieckiem szatana. Jak ja jej nienawidziłem! Chciałem ją zniszczyć, ale nie wiedziałem jak. Waląc pięściami w kurz płakałem z wściekłości, a moim ciałem wstrząsał konwulsyjny szloch.
– Nienawidzę cię! Nienawidzę cię! Nienawidzę cię! – krzyczałem. Ale nikt mnie nie słyszał – nikogo to nie obchodziło. W gniewie zacząłem chwytać garściami kurz i ciskać go z całej siły we wszystkie strony. Kurz osiadał na mojej twarzy i mieszał się ze łzami, tworząc na niej błotniste strumyczki.
W końcu moja wściekłość minęła i siedziałem w milczeniu. Słyszałem inne dzieci bawiące się na podwórku. Jeden z młodszych chłopców śpiewał coś o ptaszkach i motylkach. Czułem się samotny i wyobcowany. Dręczony nienawiścią i prześladowany, opętany strachem. Usłyszałem trzaśniecie drzwi gołębnika i ciężkie kroki ojca wychodzącego zza domu i wstępującego na schody. Nagle ojciec zatrzymał się i zajrzał pomiędzy stopniami w cień pod gankiem.
– Co tam robisz, chłopcze? – spytał.
Nie odzywałem się, mając nadzieję, że mnie nie pozna. Wzruszył ramionami i poszedł dalej. Za chwilę zatrzasnęły się za nim drzwi siatkowe. „Nikogo nie obchodzę” – pomyślałem.
Kup książkę „Uciekaj mały uciekaj” – Nicky Cruz
Nicky Cruz . Warszawa 1987.04.15. Kazanie i świadectwo
Kup książkę „Byłem Satanistą”
